| Lato z wojskiem - wywiad z kpr. M. Gnyszką |
Czas wakacji można spędzać rozmaicie... Dla jednych to czas wypoczynku. Inni w lipcu tęgo pracują, by móc choć trochę odpocząć w sierpniu. Z kolei niemrawi w nauce przygotowują się do "kampanii wrześniowej".W ośrodku Przy Filtrowej organizowaliśmy różne wyjazdy letnie łączące odpoczynek wakacyjny ze służbą i pomocą innym. Dla niektórych jednak - mimo niewątpliwie dobrych chęci - udział w workcamp'ie na Litwie czy w Londynie nie był możliwy. Dlaczego? Maciej Gnyszka, student III roku architektury odbył w lecie półtoramiesięczną służbę wojskową. Poniżej zamieszczamy wywiad, jakiego udzielił Łukaszowi Rośkowi. Łukasz Rosiek -> Dlaczego zdecydowałeś się na odbycie nieobowiązkowej służby wojskowej poświęcając część wakacji? Maciej Gnyszka -> Moja motywacja była może nietypowa. Celem, który mi przyświecał było zdobycie wiedzy i umiejętności niezbędnych do obrony siebie, swojej rodziny oraz kraju, w razie potrzeby wojennej. Kierowałem się więc tak własnym, wąsko pojętym interesem - wolę podczas wojny żyć i walczyć, niż leżeć grzecznie na cmentarzu, opłakiwany przez dziatki - jak i szeroko rozumianym: chodzi moich bliskich i kraj. Koledzy często się dziwili na takie dictum, ale gdy podejśc do sprawy na serio, rzeczywiście warto umieć bronić własnego domu, kraju jako domu, niż dac się odstrzelić. Dlaczego wobec tego póltora miesiąca przeszkolenia podchorążych, zamiast trzech miesięcy szkolenia absolwentów? Teoretycznie dzięki dłuższemu szkoleniu nabyłbym więcej umiejętności! Niewykluczone, jednak w obliczu swoich szerokich planów - tych osobistych jak i zawodowych oraz społecznych - czas po studiach jest dla mnie szczególnie drogi. Dlatego nie zdecydowałem się poświęcic go na służbę wojskową - przykładałem się maksymalnie do nauki w sierpniu i wrześniu, tak aby czasu już poświęconego nie zmarnowac. Zresztą, będąc w rezerwie wcale nie kończę przygody z wojskiem - WP będzie co jakiś czas zapraszac kaprala Gnyszkę na tygodniowe szkolenia rezerwy. Ł.R. -> Jak wygląda taka służba? Ile osób spotkałeś w swej jednostce? M.G. -> Kurs Szkolenia Rezerw - tak nazywa się formacja, do której należałem - w Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia w Toruniu składa się ze 150 pochorążych (czyli nas - studentów). Jesteśmy najpierw wcielani, tj. goleni, ubierani po nowemu, wyposażani w prezenty od Ojczyzny (pasta do butów, szczotki, dwie pary majtek, etc.) dzieleni na grupy i koszarowani. Szkolenie obejmowało w moim przypadku (szkoliłem się na artylerzystę - dowódcę 122 mm haubicy samobieżnej 2S1 "Goździk") zajęcia z zakresu swojej specjalistyki (szkolenie na sprzęcie), zagadnień ogólnowojskowych (taktyka, regulaminy) oraz ogólnych (kształcenie obywatelskie). Poza tym rzecz jasna musztra, WF i zajęcia taktyczne na poligonie. Jest więc coś dla i ciała, i dla umysłu. Pobyt w wojsku obejmuje także niekiedy przynależność na jedną dobę do pododdziału alarmowego oraz służbę dyżurnego (też trwa 24 godziny). Ł.R. -> Jakich ludzi tam poznałeś? Skąd są? Dlaczego zdecydowali się tak jak Ty? M.G. -> Cóż, Opatrznośc lubi niespodzianki, bo spotkałem w wojsku wiele bardzo ciekawych osób! Trzeba przyznać, że byli to ludzie najróżniejsi. Wyobrażałem sobie, że na KSR spotkam chłopaków, którzy albo ze wzniosłych pobudek, albo z wyrachowania nie chcą sobie popsuć kariery po studiach. Tak nie było. Większość podchorążych - ku mojemu zdziwieniu - to studenci prywatnych, nieznanych mi dotychczas uczelni z małych miast. Motywacja ogromnej większości była jedna - uniknąć zasadniczej służby wojskowej, lub trzech miesięcy po studiach. Domniemuję, że chłopcy, których spodziewałem się spotkać są zbyt leniwi, albo myślą, że od wojska i tak uciekną... Cóż, w obliczu zmieniającego się prawa i większej determinacji Żandarmerii Wojskowej oraz ogólnie WP, nie wydaje mi się, aby mogli uniknąc niespodzianki w postaci wezwania z WKU a później wizyty smutnych panów w czerwonych beretach. W jednostce spotkałem ponad czterdziestoletniego pana, który też tak myślał i po latach okazało się, że się myli. Ł.R. -> W jaki sposób mogłeś wykorzystać formację, którą zdobyłeś przez rok w Ośrodku Przy Filtrowej? M.G.-> To temat rzeka - boję się rozsadzić strony www Ośrodka swoimi opowieściami. Sprężę się zatem i zsyntetyzuję swoje doświadczenie. Muszę powiedziec, że 1,5 miesiąca wojska było dla mnie okresem niezwykle intensywnych rekolekcji! Tak, rekolekcji, ponieważ miałem mnóstwo okazji do cierpliwego znoszenia upokorzeń o jakich w cywilu można tylko pomarzyc, mnóstwo szans do zdobycia się na odwagę apostolstwa, czy bronienia Wiary i Kościoła w rozmowach w kolegami. Już po paru dniach otrzymałem pseudonim "Ksiądz", co było dla mnie raczej powodem do dumy, niż wstydu, powoli stawałem się chyba swoistym ambasadorem Kościoła w KSR - często chłopcy przychodzili by ze mną porozmawiać o różnych swoich sprawach na osobności, a niekiedy z publicznością, by wykpic np. to że się modlę, sprawę czystości (tej w stanie kawalerskim, przedmałżeńskiej oraz w małżeństwie) etc. Po jakimś czasie wszystkie grupy wiedziały, że w grupie III jest "Ksiądz" i można z nim pogadać. Takich rozmów odbyłem dziesiątki. W tym kontekście formacja w Opus Dei, lektura pism św. Josemarii były niezmiernie przydatne - dzięki temu umiałem odważne stac przy własnym zdaniu, starając się je coraz lepiej tłumaczyć, przy jednoczesnym pragnieniu kochania tych, którzy odnosili się do mnie z brakiem sympatii. Druga sprawa, to dyscyplina w życiu codziennym i w życiu duchowym - mówi się, że wojsko uczy dyscypliny, ale to nie jest do końca prawda. Wprowadza pewną kindersztubę, to fakt, ale prawdziwą dyscyplinę - szacunek dla innych, pomimo niesprzyjającyh okoliczności, radośc w irytującym i stresującym otoczeniu, organizowanie czasu pomimo przeciwności i zmęczenia, brak narzekania na idiotyczne rozkazy i sytuacje, jakich w wojsku nie brakuje, znajdowanie czasu na modlitwę, wszystko to zawdzięczam pośrednio i bezpośrednio formacji w Ośrodku. Dzięki niej, mogłem te cnoty praktykować, pociągając w ich kierunku kolegów często znużonych i pogrążonych w narzekaniu i chamstwie. Ł.R.-> Czy polecasz taki sposób odbycia służby? Plusy i minusy wg Ciebie. M.G.-> Polecam. Plusy już wymieniłem. Minusów nie ma, choc często człowiek ma poczucie że mógłby to wszystko lepiej zorganizowac, czas wykorzystac o wiele wydajniej i z większym pożytkiem. Pomimo, że to jest często prawda - to warto znaleźc się w takiej sytuacji, by ją cierpliwie znieśc. Nie jest to łatwe, szczególnie jeśli ktoś jest przywyczajony do porządnej pracy. Ale - jak skądinąd wiadomo - to, co niełatwe jest warte przeżycia, dlatego uważam iż warto nawet stracic trochę czasu. Będzie to na pewno z pożytkiem chociażby dla cnoty cierpliwości. Druga sprawa, to sama obecnośc katolików w wojsku - jest konieczna, ale jak na razie niewidoczna. Wosjkowego duszpasterza spotykałem tylko na niedzielnej Mszy i to w warunkach nader formalnych. Ł.R.-> Co robisz teraz? M.G.-> Obecnie jestem w Monachium, gdzie studiuję architekturę na Fachhochschule Muenchen, odbywam parę zajęc z socjologii na Ludwig Maximilian's Universitaet, wcielam się w rolę asystenta w pracowni architektonicznej PADOPLAN, piszę bloga, pracuję przez internet w Polsce oraz zdalnie pomagam przy prowadzeniu swojej firmy. W skrócie - robię teraz dużo. Więcej, niż w wojsku, ale zdjęcie z wojska trzymam na biurku, zaraz obok krzyżyka i zdjęć bliskich mi osób. |









Czas wakacji można spędzać rozmaicie... Dla jednych to czas wypoczynku. Inni w lipcu tęgo pracują, by móc choć trochę odpocząć w sierpniu. Z kolei niemrawi w nauce przygotowują się do "kampanii wrześniowej".
Maciej Gnyszka -> Moja motywacja była może nietypowa. Celem, który mi przyświecał było zdobycie wiedzy i umiejętności niezbędnych do obrony siebie, swojej rodziny oraz kraju, w razie potrzeby wojennej. Kierowałem się więc tak własnym, wąsko pojętym interesem - wolę podczas wojny żyć i walczyć, niż leżeć grzecznie na cmentarzu, opłakiwany przez dziatki - jak i szeroko rozumianym: chodzi moich bliskich i kraj.
M.G.-> To temat rzeka - boję się rozsadzić strony www Ośrodka swoimi opowieściami. Sprężę się zatem i zsyntetyzuję swoje doświadczenie. 
