
W środę
18 marca naszym gościem był
dr Tomasz Berent - analityk w londyńskim City, aktualnie wykładowca w Szkole Głównej Handlowej, specjalista rynków finansowych. Podczas rozmowy Pan Berent zwrócił uwagę na diametralną różnicę w etosie pracy pomiędzy Wielką Brytanią oraz PRLem, znaczenie tutoringu w procesie kształcenia oraz wartość wspólnoty zarówno rodzinnej jak i religijnej w życiu człowieka.
Brak autentyczności oraz iluzja, którą Pan Berent doświadczył w wielu dziedzinach życia zachęciły go w 1989 r. do wyjazdu na stypendium do Walii. Czuł potrzebę nauki, poszukiwania prawdy oraz oparcia swojej wiedzy na racjonalnych argumentach. Zaczęła się prawdziwa praca – 10 godzin dziennie studiowania, częste konsultacje z profesorami, popołudniowa Msza św. i wieczorne spotkania z kolegami w pubie, które często poświęcali na dyskusje akademickie. W tym okresie poznawał i nabierał do siebie szacunku, który objawia się w jednolitości życia ze swoimi przekonaniami. To już nie było to samo, co podczas studiów w dawnej SGPiS (obecnie Szkole Głównej Handlowej), kiedy egzaminy traktowało się jak mecz piłkarski, a egzaminatora jak przeciwnika, któremu należy strzelić bramkę wszelkimi możliwymi sposobami, nie zawsze etycznymi. Uświadomienie sobie hipokryzji, którą na każdym kroku doświadczały pokolenia PRLu oraz dążenie do jej całkowitego wyeliminowania z życia było dla Pana Berenta punktem zwrotnym, od którego rozpoczęło się kształtowanie prawdziwego Człowieczeństwa opartego na przyjaźni, szacunku i zaufaniu.
Takie nastawienie procentuje w późniejszej pracy Pana Berenta w bankach, w których był zawsze ceniony, jako wybitny specjalista. Jednocześnie jednak okazuje się być bardzo wymagające. Kiedy Pan Berent rozpoczął swoją pracę w banku austriackim w Warszawie w połowie lat 90, odczuł pokłosie zeszłej epoki w postaci feudalnych relacji z przełożonymi oraz w postaci profesjonalizmu, który bynajmniej nie był najwyższych lotów. To się zmieniło, gdy wyjechał do Londynu, by podjąć pracę jako doradca strategiczny na Europę Środkowo-wschodnią. Standard oraz kultura pracy były zdecydowanie wyższe, jednak ogromne gaże wypłacane za kolejne udane transakcje były mocnym atutem w rękach przełożonych do zwiększenia tempa pracy, a dla Pana Berenta oznaczało złożenie rzetelności i jakości na ołtarzu efektywności liczonej jedynie prowizją od dokonanych transakcji.

Ceniona przez Pana Berenta konsekwencja życia doprowadziła go do powrotu do Polski. Poświęcił lukratywne posady na rzecz pracy w SGH, luksusy londyńskiej finansjery na rzecz rodziny, a egzotyczne wakacje na rzecz wycieczek z rodziną w góry, po zapomnianych wioskach i mało znanych drewnianych kościółkach. Jest zadowolony z takiego obrotu rzeczy, choć nie ukrywa, że realizowanie zasady sprawiedliwego życia nie zawsze cieszy się popularnością w jego otoczeniu. Siłę do wytrwałości czerpie z bliskiej przyjaźni z Bogiem, dobrych relacji z żoną opartych na szczerości i otwartości oraz ze wspólnoty religijnej, do której przynależy.
Uczestnicy, którzy zapełnili po brzegi salon na Filtrowej 27, z pewnością na długo zapamiętają to spotkanie. W szczególności autentyzm i jednolitość życia, do którego zachęcał Pan Berent przez barwne opowiadanie swojej historii. Gdybym miał ponownie nadać tytuł temu spotkaniu, to prawdopodobnie brzmiałby on „Czy w pracy rekina giełdowego jest miejsce na uczciwość?”. Prawdopodobnie przyciągnąłby tyle samo uczestników, choćby ze względu na obecny kryzys finansowy, który w końcu nie wziął się z powietrza…
Relację napisał Staszek Garstka